facebook
Smutek późnych wnuków. Dlaczego adresy mailowe powinny być usługą publiczną
25 października 2017

Najmłodsi nie mają co liczyć na eleganckie adresy mailowe. Oficjalne adresy takie jak andrzej.nowak@gmail.com czy marekkwiatowski@wp.pl są już dawno zajęte. Dziś przykładowy, młodociany Andrzej Nowak musi używać adresu złożone z kombinacji cyfr i liter jak na przykład aaanowak1996@gazeta.pl.

Czy adresy e-mail mogą się skończyć? Pewnie nigdy się nie tym nie zastanawiałeś. Na szczęście nie grozi nam zamknięcie listy adresów. No, chyba, że skończy się usługa mailową, jaką znamy, co wcale nie jest tak bardzo nieprawdopodobne. W końcu dziś coraz częściej korzystamy z Messagerów (w tym gronie trzeba wymienić tego oferowanego przez Facebooka) i innych systemów komunikacji (Twitter, WhatsApp).

Przez media społecznościowe wysyłamy coraz więcej treści. Na poziomie rozrywkowym, tudzież prywatnym, dużo częściej korzystamy z komunikatorów niż z poczty. Na poziomie zawodowym wciąż mail jest główną formą komunikacji. Kto w korpo pracował, ten wie. Niemniej, są jakieś szanse, że poczciwa komunikacja mailowa odejdzie do cyfrowego lamusa. Póki jednak to nie nastąpi, warto zastanowić się na ograniczeniami usługi (narzędzia?), jaką jest e-mail.

Niesprawiedliwość to stara i powszechna jak cały internet. Można, by o tym pisać teksty, które zajęły zeta bajty przestrzeni, więc skupimy się tylko na tym jednym aspekcie. Ktoś, kto zakładał maila 20 lat temu, mógł liczyć na prosty adres typu jan.kowalski@gmail.com. Dziś To absolutnie niemożliwe. Nie chodzi tutaj oczywiście tylko o serwer Google. Także użytkownicy mający pocztę na witrynach takich jak Onet, Wirtualna Polska czy Yahoo, nie mają łatwo (i prosto).

Jedyna opcja to dziwne cyfrowe twory z kombinacją naszego imienia i nazwiska. Pozostaje więc poszukać gdzieś na zewnątrz jakiejś usługi pocztowej z wolnymi adresami i ewentualnie dodać ją jako dodatkowy adres w ustawieniach Gmaila. Przy okazji tych poszukiwań zastanawiałem się, czy Google planuje w najbliższym czasie jakieś kroki w tym kierunku, by albo uwolnić nieużywane konta jak to zrobiło Yahoo albo udostępnić nowe adresy w swojej usłudze?

Jak na razie wiemy jedno: niektórzy z nas są po prostu za młodzi, aby mieć dobry adres e-mail. A czy komuś to potrzebne? Pomyślimy jaki adres lepiej wygląda na wizytówce albo w CV: adam.nowak@wp.pl czy adam.nowak1234@gazeta.pl?  Dobry adres mailowy jest rzeczą niebanalną. A coraz więcej internautów takiego adresu nie będzie mieć. Sprawa ma wymiar pokoleniowy, starsze pokolenia zabierają dobre adresy kolejnym.

Widząc ten problem niektórzy informatycy, filozofowie i socjolodzy internetu - jak np.: Alek Tarkowski (dyrektor Centrum Cyfrowego Projekt: Polska) - zauważają, że adres e-mail z racji swojego powszechnego i mocno identyfikującego charakteru powinien być czymś na kształt usługi publicznej. Tak jak numer PESEL. Jako że wszyscy żyjemy w czasach cyfrowych i ponowoczesnych, a internet stał się drugą (jeśli nie pierwszą) rzeczywistością dla nas, to adres mailowy powinien być przyznawany wraz z narodzinami według ustalonego systemu i porządku. Wyobraźcie sobie na druczku z Urzędu Stanu Cywilnego obok imienia i nazwiska macie swój unikatowy adres mailowy.

Niektórzy z nas są za młodzi, aby mieć dobry adres e-mail

Brzmi pięknie, ale dopóki internet będzie przestrzenią chaosu pod kontrolą wielkich korporacji, taka egalitarna wizja raczej się nie spełni. Internet nie jest przestrzenią sprawiedliwą, wbrew deklaracjom ma mniej wspólnego z demokracją i równością niż Aleksandr Łukaszenko.

Ustanowienie kontrolowanego, powiedzmy państwowego czy międzynarodowego, systemu kontroli i przekazywania adresów e-mailowych byłoby mocno ingerencją w niezależność i wszechwładzę potęga takich jak Google, Apple czy Facebook. Nie ma na to szans. Wystarczy się przyjrzeć innym próbom "podporządkowania" cyfrowych gigantów rządom państw (przykład Irlandii, która bezskutecznie domaga się od Apple zapłaty 13 miliardów euro zaległego podatku).

Stworzenie sprawiedliwego internetu - gdzie właśnie adresy e-mail byłyby rozdawane sprawiedliwie - jest możliwe w jednym przypadku. Gdyby to wszystko spróbowano stworzyć od nowa. Pracują nad tym Rosja i Chiny, ale jaki będzie efekt? Nie wiemy, ale na pewno anty-demokratyczny zryw (tyle że w drugą stronę. Państwową, a nie korporacyjną) będzie obecny.

Członek rady Federacji Rosyjskiej Maksim Kawdżaradze już kilka lat temu zapowiedział, że Rosja musi stworzyć własny internet. Sugerował nawet nazwę odnoszącą się do imienia bohatera książeczek i filmów dla dzieci - Czeburaszka. Na zapowiedziach się nie skończyło, dziś w Rosji trwa wielka rozbudowa - opracowywany jest system wzorowany na Androidzie, powstaje alternatywa wobec Booking.com. Ostatecznym celem ma być pozbycie się Google'a.

Czy jest nadzieja dla późnych wnuków internetu? Czy muszą wybierać pomiędzy Internetem Korporacji a Internetem Państwa (bynajmniej niedemokratycznego)? To już temat na zupełnie inny felieton, ten można zakończyć parafrazą powiedzenia: z adresem e-mail jest jak z winem, im starszy, tym lepszy.

Źródło: komputerswiat.pl
Zostań naszym fanem!